Budapeszt – piękno pod warstwą kurzu
- Krzysztof Jankowski

- 25 sie 2025
- 1 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 24 paź 2025

Do Budapesztu jechałem z entuzjazmem. Tyle razy słyszałem zachwyty nad jego zabytkami, monumentalnymi mostami i wyjątkowym klimatem. Spodziewałem się miasta, które przywita mnie elegancją i rozmachem stolicy o bogatej historii.
Pierwsze wrażenie było jednak inne, niż sobie wyobrażałem. To, co najbardziej mnie uderzyło, to wszechobecny nieprzyjemny zapach i brud. Spacerując ulicami, coraz częściej łapałem się na tym, że zamiast wpatrywać się w architekturę, skupiałem się na tym, by ominąć kolejne brudne zaułki.
Bezdomni na ulicach stali się częścią miejskiego krajobrazu, a przejścia podziemne w dzielnicy VII – zamiast tętnić życiem – zaskakiwały obrazem opustoszałych lokali zabitych deskami. Zamiast energii metropolii czułem raczej klimat miejsca, które zatrzymało się w pół kroku i czeka na lepsze czasy.
A jednocześnie – paradoksalnie – samo miasto ma w sobie coś, co przyciąga. Piękna architektura, szerokie ulice, monumentalne budowle… To wszystko tam jest. Tyle że schowane pod warstwą zaniedbania, którą trudno przeoczyć.
Budapeszt wydał mi się więc miastem o dwóch twarzach. Z jednej strony – naprawdę ciekawym i wartym zobaczenia. Z drugiej – noszącym na sobie ślady zmęczenia i braku dbałości. To doświadczenie, które zaskoczyło mnie negatywnie, ale jednocześnie zostawiło pewien niedosyt. Może trzeba tam wrócić, by przekonać się, czy to tylko wrażenie z jednego dnia, czy rzeczywistość, która kryje się za legendą tego miasta.



Komentarze