Rumunia – kraj, który mnie zaskoczył
- Krzysztof Jankowski

- 6 sie 2025
- 3 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 22 sie 2025

Do Rumunii w tym roku wjechałem drugi raz w życiu. Pierwszy, rok temu, był miły, ale bez fajerwerków. Ot, ciekawa trasa, trochę gór, trochę wiosek, kilka miast… sympatycznie, ale bez tego „wow”, które sprawia, że człowiek wraca do domu z sercem lżejszym o kilkaset gramów (bo część zostawił w podróży).
Tym razem było inaczej. Druga podróż przez Rumunię mnie po prostu… oczarowała.
Nie spodziewałem się też, że tym razem ta podróż tak mnie rozleniwi… w najlepszym tego słowa znaczeniu. Wcześniej (zanim odwiedziłem Rumunię pierwszy raz) wyobrażałem sobie kraj gdzieś „tam w Karpatach”, a tymczasem teraz od pierwszego kilometra wciągnął mnie jak dobra powieść — z tym, że zamiast przewracać strony, skręcałem w kolejne serpentyny dróg.

Karpaty okazały się nie tylko majestatyczne, ale też niesamowicie fotogeniczne. Făgăraș, ze swoimi Moldoveanu i Negoiu, patrzył na mnie z góry, a ja patrzyłem na niego z dołu… i trochę żałowałem, że kondycja nie pozwoli mi się zamienić miejscami. Transfăgărășan, ta legendarna droga, którą Jeremy Clarkson nazwał jedną z najlepszych na świecie, rzeczywiście wygląda jakby ktoś puścił wstęgę asfaltu po górskich zboczach i zapomniał ją przykleić prosto. A jezioro Balea? Jakby ktoś wrzucił lustro w serce gór i powiedział: „No, teraz możesz się w nim zakochać”.
Były też chwile, kiedy górskie drogi robiły się tak wąskie, że zastanawiałem się, czy samochód zmieści się obok skały… czy może to ja powinienem wysiąść i pójść pieszo. Wąwóz Bicaz jest na to najlepszym przykładem — 8 kilometrów czystego „wow” i nagroda na końcu: Czerwone Jezioro, które wcale nie jest czerwone, ale ma w sobie coś magicznego.

A potem przyszła kolej na wioski. Viscri, Biertan, Rimetea… Tu czas płynie inaczej. Kiedy w Viscri spotkałem starszego pana, który naprawiał drewniane ogrodzenie, zapytałem, czy robi to od dawna. Odpowiedział: „Tak… od wczoraj”. W Rumunii to znaczy „z całym spokojem i bez pośpiechu”. I tak właśnie tam jest. W Maramureș można jeszcze poczuć, że życie toczy się według rytmu pór roku, a nie kalendarza Google’a. Drewniane kościoły, kolorowe cmentarze, a między nimi kolejka Mocănița, która sapie po torach tak, jakby sama chciała się zatrzymać i pogadać z ludźmi po drodze.
I wtedy, kiedy już myślałem, że Rumunia mnie niczym nowym nie zaskoczy, wjechałem do Huedin. Nagle przy drodze wyrastają przede mną… pałace. Ale nie takie z folderów biur podróży — to są bajkowe, wielopiętrowe domy romskich „królów”, błyszczące wieżyczkami i dachami jak z cyrkowej opowieści. Każdy inny, każdy jeszcze bardziej fantazyjny niż poprzedni. Wyglądają trochę jakby architekt dostał zestaw klocków LEGO, nie ograniczał się żadnymi planami i po prostu pozwolił wyobraźni pójść na całość. Mówią, że w środku często świeci pustką, ale z zewnątrz robią takie wrażenie, że musiałem zatrzymać samochód. To właśnie w Rumunii lubię najbardziej — że nigdy nie wiesz, co spotkasz za kolejnym zakrętem.

Ten cały „tradycyjny urok” spotyka się dziś z bardzo nowoczesną Rumunią. Autostrady rosną jak grzyby po deszczu — zresztą chyba pierwszy raz widziałem, żeby nowe drogi w górach były budowane z takim rozmachem. A perspektywa przejechania kiedyś pierwszą autostradą przez Karpaty? Już się cieszę.
Ale w Rumunii, nawet mając najlepszą drogę pod kołami, prędzej czy później zatrzymasz się w przydrożnej karczmie. Bo nie można tak po prostu przejechać obok sarmale, mămăligi czy sera, który smakuje jak… no cóż, jakby owca i pasterz uzgodnili przepis jeszcze w średniowieczu. Do tego miód, zioła, czasem kieliszek śliwowicy „na odwagę” — i człowiek od razu czuje, że życie ma sens.
Podczas tej podróży zatrzymałem się też na noc w Kluż-Napoka. To miasto ma w sobie wszystko, co lubię: piękne kamienice, szerokie place, kawiarnie pełne turystów i mieszkańców, którzy zdają się cieszyć z każdego słonecznego popołudnia. Spacer po starym mieście, kawa przy rynku, podziwianie gotyckiej katedry św. Michała — to wszystko sprawiło, że nie chciałem wyjeżdżać następnego dnia.
Dlaczego więc warto odwiedzić Rumunię? Bo to kraj, w którym nowoczesność jedzie ramię w ramię z historią, gdzie krajobrazy konkurują z kuchnią, a drogi — z rozmowami z mieszkańcami.
A jeśli się wybieracie, pamiętajcie — w Rumunii najlepiej jechać powoli. Bo inaczej możecie przeoczyć to, co najpiękniejsze.



Komentarze